poniedziałek, 23 lutego 2015

1, Przetrwanie

 Niebo już było jasne, a słońce przyjemnie grzało nasze buzie, które wychylały się z okna, by ujrzeć jak najwięcej. Wprawdzie nie zbyt dużo było widać z pierwszego piętra. Szczególnie z mojego pokoju. Czerwony dach, czerwony dach. O! Brązowy dach! Czerwony dach... I kawałek trawnika sąsiadów. Zazwyczaj otwarte na oścież okna państwa Miller, dzisiaj były zamknięte. Z oddali dochodziły nas krzyki. Ale odór to był pierwszorzędny. Zamknęłam okno nie mogąc dużej już wytrzymać tego soczystego wręcz powietrza.
- To się dzieje naprawdę - powiedział blondyn, bardziej sam próbował w to uwierzyć, niż mnie przekazać, tą jakże cudowną nowinę. Kyle bez słowa puścił moją dłoń.
- Spakuj się. Ja pójdę do kuchni.
- Dobrze. Sprawdź co z Lilly. Powinna spać, no ale... - chłopak nie odpowiedział. Pokiwał tylko głową i wyszedł z pokoju. Ruszyłam ku dużej mahoniowej szafie. Sięgnęłam z dna swoją największą torbę. Zupełnie nie w moim stylu, ponieważ była biała w kwiatki. Ale to jedyne co zabrałam ze sobą do Stanów. Przyjechałam tu pół roku temu. Miałam zajmować się roczną Lilly. Poznałam Kyle'a... A teraz mam tu pieprzoną zombie apokalipsę.
Wrzuciłam do torby czarny top, oraz czerwoną bluzkę z długim rękawem. Schowałam jasne, wytarte szorty i parę obcisłych potartych dżinsów. Z łazienki wyciągnęłam apteczke, zgarnęłam szczotkę do włosów,  a na lewy nadgarstek założyłam cztery zwykłe gumki do włosów, dwie czerwone i dwie niebieskie. Wszystko, co robiłam wydawało się być tak głupie, tak zwyczajne, że aż głupie. Z pułeczki nad łóżkiem zebrałam swoje dokumenty, tak w razie czego. Z nocnego stolika wzięłam telefon i stanęłam w drzwiach. Karmelowe ściany pokryte fotografiami.Na wprost mnie duże okno, a po lewej od niego dwuosobowe, olbrzymie łóżko przykryte fioletową pościelą. Zielony koc, który niedbale ułożyłam na kołdrze przed przyjściem Kyle'a. Pod oknem stała nocna szafka z mnóstwem nalepek księżniczek, które nakleiła Lilly w ramach przentu gwiazdkowego. Z drugiej strony białe, skromne biurko z laptopem. Nigdy nie załadowany pierwszy gameplay na youtube.Uznałam, że jestem zbyt nudna, za słaba, by  upubliczniać całemu światu swoją grę w Battlefield. Obok biurka stała gitara akustyczna, na której nigdy nie nauczyłam się grać. Po prostu muzyka nie jest moją mocną stroną.
A jeszcze dalej za gitarą po lewo, drzwi do mojej pierwszej własnej łazienki. Pierwszej i pewnie jedynej w życiu. Uśmiechnęłam się do siebie. Tak dużo dobrych wspomnień. Ostatni raz spojrzałam na zdjęcia. Zgarnęłam jedną fotkę Kyle'a i delikatnie zamknęłam za sobą drzwi. Zbiegłam po drewnianych, ciemnych schodach na parter.
- Zobacz - warknął Kyle wskazując na lodówkę.
- Jest biała i duża.A na niej pełno magnesów z różnych miejsc świata - odparłam,wyciągając z szuflady cztery baterie. Blondyn przewrócił oczami. Podszedł do lodówki, a po chwili uderzył w grafitowy blat dłonią i pozstawił w tamtym miejscu kartkę.
- Zostawili cię! - wydarł się niemal na całe gardło.
-Ou...Ouu.. Przynajmniej Lilly jest z nimi bezpieczna.
- Zostawili tylko połowę zapasów. Będziemy musięli kombinować.
-I bez tego byśmy musięli kochanie. Sprawdzałeś drugą lodówkę? - spytałam. Państwo Deconner byli typowymi amerykanami. Planowali jeszcze dwójkę dzieci, mięli dwie ogromne lodówki i ponad wszystko uwielbiali baseball, oraz niezdrowe żarcie w restauracjach.
- Tak.Jasne, że tak - odparł. No cóż, Kyle też był amerykaninem.
- Ale nie wiesz, że robiłam wczoraj zakupy - uśmiechnęłam się.
- I? Pewnie połowe zabrali... - odparł pesymistycznie.
- Zostawiłam torby w aucie. Nie chciało mi się ich wynosić. Sześć siatek... Same przekąski wprawdzie i woda, ale lepsze to, niż nic - wyjaśniłam, dając chłopakowi kluczyki do srebrnego minivana. Gdy Kyle sprawdzał stan żywności, ja pobiegłam jeszcze przeszukać dom z nadzieją,że znajdę kilka przydatnych rzeczy. W łazience James'a i Judith znalazłam żel przeciw komarom. Z ich sypialni zabrałam zapałki. W salonie były walkie-talkie. Reszta to bezużyteczne śmieci na takie wydarzenie. Wybiegłam z domu na podjazd. Wsiadłam do minivana, ale Kyle'a nie było.
- Czy on sobie teraz żartuje - warknęłam do siebie. Po chwili drzwi od strony kierowcy się otworzyły.
- Musimy mieć się czym bronić - pomachał mi przed oczami dwoma długimi nożami - Albo atakować - dodał z uśmiechem i odłożył noże na tapicerkę.
- Fajnie, że chociaż ciebie trzyma się dobry humor.
- Po prostu staram się... Sam nie wiem - odparł już bardziej przygnębionym tonem.
- Wiem - poklepałam go po dłoni. Chłopak bez słowa przekręcił kluczyk w stacyjce i ruszył. Powoli wyjechaliśmy z osiedla, na którym było dość spokojnie. Ludzie się pakowali do samochodów, uciekali, by przeżyć. Ale były to przedmieścia. Włączyłam radio.
-Uwaga, nadejmy komunikat - w samochodzie rozbrzmiał mechaniczny głos mężczyzny - Prosi się o pozostanie w domach.Zabarykadowanie się w nich. Pod żadnym pozorem nie wychodzić. Prosimy o zachjowanie spokoju. Niedługo Stany Zjednoczone będą takie, jak tydzień temu.
Komunikat powtórzył się jeszcze kilka razy i w aucie ponownie zapanowała cisza.
-To...To się zaczęło tydzień wcześniej?... Czy ich popierdoliło?! Jak mogli pozwolić, by doszło do zarażenia się tak wielu ludzi?! - Kyle'owi nerwy puściły. Siedziałam w milczeniu wpatrując się w drogę przed nami.
- Pamiętasz, jak trzy, cztery lata temu Rosja miała konflikt z Ukrainą? Wtedy Stany odwróciły się od Rosji. Może postanowili się zemścić? - rozmyślałam.
- Nie wiem... Może.To bez znaczenia.I takjest już za późno - odpowiedział,tak dobrze znanym mi aksamitnym tonem.
- Będziemy musięli zatankować. Nie robiłam tego od trzech dni - przynzałam. Blondyn zerknął na deskę rozdzielczą i się uśmiechną.
- Cała ty. No dobra, to podjedziemy po benzynę. Napisz do Andy'ego, żeby podjechał na stację na Cootern Street. Obiecałem, że zabierzemy go z nami.
- Dobrze - odpowiedziałam.Wyciągnełam telefon z kieszeni i wystukałam numer najlepszego kumpla Kyle'a. Znali się od lat. Zbliżaliśmy się powoli ku centrum. No dobra, byliśmy dwadzieścia minut od centrum,ale już tutaj było o wiele głośniej. Ludzie biegali jak chcięli, z nożami, pistoletami. Zabierali wszystko, co się tylko dało. Tutaj widać było panikę i strach. Usłyszęliśmy dźwięk oznaczającynadejście smsa.
- Andy napisał, że to nie ma sensu. On nigdzie nie jedzie. Tojest koniec - zacytowałam.
- Co? Zadzwoń do niego.
Nacisnęłam na zieloną słuchawkę i ustawiłam na głośno mówiący.
- No stary, co się z tobą dzieje? - zapytał Kyle, kiedy pikanie umilkło, a ciężki oddech rozległ się w samochodzie.
- To nie ma sensu. Te stwory... Przepraszam Kyle.Przepraszam... - po tych słowach usłyszęliśmy szum i kolejny komunikat "Połączenie zostałe przerwane"
- Brak zasięgu - mruknęłam.
- A w dupę z tą benzyną - warknął chłopak i skręcił w alejkę prowadzącą do przyjaciela. Kyle co chwila dociskał gazu.Parę metrów po kolejnym skręcie zaczęły otaczać nas domy mieszkalne.
- Jak myślisz,co...? - przed maskę pięknego, czystego minivana wyskoczyła okropna postać. Stwór z powyrywanymi częśćmi ciała, bez prawdopodobnie już urwanej, ręki. Z policzka zwisała skóra, a usta był pokryte krwią. Zombie wydało z siebie głuche beknięcie i zaczęło warczeć. Kyle wycofał odrobinkę i ruszył na zombie,co spowodowało zostawienie czerwonej plamy za nami.
- To.... To... O Boziu - jęknęłam i spojrzałam na trzęsące się ręce.
- Będzie dobrze skarbie - powiedział chłopak - Mnie też sercena chwilę stanęło - chciał podnieść mnie na duchu.
- Oby tylko Andy był w jednym kawałku - mruknełam do siebie z nadzieją w głosie.
- Ty tak serio? - zaśmiał się Kyle.Właśnie skojarzyłam co powiedziałam i oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Ja lekko histerycznym, nie wiem, jak on. To było przerażające co raz bardziej. Minutkę, czy dwie później w aucie znowu zapanowała cisza. Nie czuliśmy się skrępowani, tylko...To co się działo wokół nas, przerastało chyba każdego.No pomijając psychopatycznych wariatów. Chwilę później zajechaliśmy pod duży dom Andy'ego. Mieszkał on w bogatszej dzielnicy. Ale jak widać pieniądzę nie pomogły na apokalpisę. Bramy, które kiedyś wydawaly się być solidne,wręcz nie do zniszczenia, byly teraz w opłakanym stanie.
- Zostań tutaj - poprosił Kyle. Sam wyszedł z wozubiorąc jeden z noży i udał się do pięknej posiadłości. Uchyliłam lekko okno i sięgnęłam po skórzaną kurtkę, która leżał na tylnym siedzeniu. Wyciągnęłam czekoladowego papierosa i zapaliłam, pozwalając, by dym unosił się w aucie. Teraz było mi wszystko jedno.I nie,nie palę często, tylko wtedy, gdy wymaga tego okazja. A to jest idealna okazja do powciągania drapiacego dymu w gardło, do płuc. Piętnaście minut później ujrzałam Kyle'a z Andym. Czarnowłosy miał zapuchnięte błękitne oczy. Wysiadłam zsamochodu i zgasiłam papierosa,gdy Kyle pakował torby do bagażnika. Pozwoliłam chłopakom usiąść z przodu, sama zajęłam miejsce z tyłu. Założyłam czarną skórę na siebie.
- Amelia nie żyje - mruknął Andy.Przeleciało mi tysiąc myśli w jednej chwili.
- Przykro mi - poklepałam go po ramieniu. Amelia była siedmioletnią siostrzyczką bruneta. Byli świetnym rodzeństwem, bardzo do siebie podobnym, kolor oczu i włosów mięli identyczny. Jasna karnacja i kolorowe zazwyczaj ubrania... To też ich łączyło. Zrobiło mi się bardzo przykro. Co on musiał czuć... To okropne. Ten nowy świat jest jeszcze gorszy od poprzedniego.Jest przerażający i bezlitosny.
Kyle w milczeniu odpalił samochód.

*** *** ***
A więc jednak dzisiaj udało mi się skończyć kolejny post. I tak jestem z siebie zadowolona XD
Dziękuję wam za komentarze, które, jak widać,bardzo motywują ;)

5 komentarzy:

  1. podoba mi się temat książki , liczę że będziesz dodawać wpisy często bo bardzo mnie wciągnęła :)
    Zapraszam i liczę na rady : http://marzentysiace.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. świetne! czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy, bo bardzo jestem ciekawa!
    bardzo mi się tu podoba i będę zaglądać :)

    obserwuję!

    positivelittlethink.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Brakuje mi tu troche dynamiki i mam nadzieję że w nastepnych rozdziałąch jej nie zabraknie :) Ogólnie całosć jest składna i głądko sie czyta. Wciąga. Osobiście nie lubie czytać z ekranów, w tym wypadku laptopa, jednak myśle że twój blog będę czytać z chęcią :3 Tak trzymaj !

    Zapraszam do siebie : pdjpofeafc.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Najbardziej przycia gający jest tutuł, super ;) brakuje to troche.. akcji, ale mogólnie bardzo fajnie ;) Luźno się czyta, ale jednoczeście ciaga, obserwuję ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. 32 year old Assistant Media Planner Dolph Shimwell, hailing from Mount Albert enjoys watching movies like "Whisperers, The" and Gunsmithing. Took a trip to Historic City of Ayutthaya and drives a Ferrari 340 MM Spider. odwiedz strone internetowa

    OdpowiedzUsuń