Jechaliśmy w milczeniu, próbując zając swe myśli czymkolwiek innym, niż tym co się działo. Biedny Andy. Pozostawała mi tylko nadzieję, że nie spróbuje czegoś głupiego. Czegoś w jego stylu. Trzy miesiące temu, kiedy dziewczyna dała mu ultimatum zaczął palić trawkę, w końcu zakończył swój związek na rzecz kapeli. I nie dziwię mu się. Ale mógł sobie odpuścić te wszystkie zioła... W sumie, to ja wcale nie jestem lepsza. Potarłam delikatnie bandane.
- Musimy mieć jakiś plan - Kyle przerwał ciszę. Andy wpatrywał się z nienawiścią i smutkiem w szybę minivana.
- Może... Do jakiegoś ciepłego miejsca, wiecie, żeby ewentualnie zimę przetrwać w przyszłości - zaproponowałam.
- No w sumie... Tylko, że teraz mamy maj - blondyn uśmiechnął się kpiąco.
- Ty patrz lepiej na drogę - odparłam wymijająco.
- A jakie ma to znaczenie, co? Myślicie, że w LA, albo Nowym Jorku będzie lepiej? To się grubo mylicie. Na całym świecie jest tak samo. Każdy umrze przez te pieprzone bestie. To koniec dla nas wszystkich - odezwał się brunet.
- Przeginasz. Ty przynajmniej wiesz, co się stało. Ja zostawiłam rodzinę w ojczyźnie. I nie mam zielonego pojęcia, czy żyją, czy może jednak szwendają się w celu wgryzienia sie w jakiegokolwiek człowieka - niemal wykrzyczałam te słowa - Ty, przyjacielu, przynajmniej wiesz... Co też ssie, ale... Musimy być silni. W schowku są normalne fajki, chyba, że wolisz jedną z czekoladowych - pomachałam mu paczką BlackDevili przed oczyma.
- Wolę zwykłe. Tamte są dla mięczaków - mruknął wyciągając fajki.
- Pff, zobaczymy co powiesz, jak tamte się skończą - odparłam chowając swoje do kieszeni kurtki. Kyle chwilę popatrzył na nas jak byśmy wybiegli nadzy ze szpitala dla osób o wyjątkowej psychice.
Hałas. Warczenie trupów. Płacz w oddali.
- Mia?
Otwieram oczy, ale wszystko jest tak bardzo rozmyte, niewyraźne.
- Mia?!
Ponownie podnoszę powieki, a kontury robią się coraz wyraźniejsze, ale cały czas widzę jakby wszystko było w słabej grafice.
- Mia, do cholery!
Ciało odmawia mi posłuszeństwa. Czuję coś na sobie. Coś ciężkiego. Odpływam.
Obudziłam się we własnym samochodzie. Położyłam rękę za placami, by się podnieść. Syknęłam. Małe cząstki potłuczonej szyby dość boleśnie wbiły się dłoń, na której po chwili powstały drobne plamki krwi. Samochód był przewrócony. Chcąc usiąść poczułam ból przeszywający moją łydkę.
Niepewna, czego oczekiwać spojrzałam na nogę. No pięknie. Wbita jakaś cienka rura. Skąd tu do cholery się to wzięło?!
Rozejrzałam się po zniszczonym aucie. Kyle leżał oparty o skrzynię biegów, a Andy oparty o roztłuczone okno, prawie tak samo jak ja przed chwilą. Doczołgałam się, tak by móc ręką szturchnąć chłopaków.
-Kyle. Andy - wymamrotałam lekko suchym głosem. Żaden się nie odezwał, ani nie ruszył. Chciałam krzyczeć ze złości i nie wiadomego. Zaczęłam trząść ramieniem Andy'ego.
-Starczy - jęknął brunet. I pomagał ręką na znak, że wszystko z nim w porządku.
-Co z Kyle? - spytałam.
- Poobijny i nie przytomny. Będzie z nim dobrze. A ty?
- Mam jakąś rurę wbitą w nogę - odparłam.
- Nie wyciągaj jej, mogła coś przebić - odezwał się nagle lekko przytomny głosem Kyle.
- Jest tylko jeden sposób by się przekonać. - westchnęłam, po czym mocno pociągnęłam rurkę. Ogromny ból ponownie przeszył nogę. Odrobina krwi uleciała z rany.
- Okej?- spytał Andy.
- Powinnam żyć - odparłam lekkim tonem.
- Ja kiedyś na zawał przez was zejdę. Musimy się jakoś stąd wydostać - dodał po chwili.
- Tak, to dobry pomysł - odpowiedziałam słysząc zbliżające się trupy. Uklękłam i rozejrzałam się po tylnych siedzeniach. Wszystko zostało w bagażniku, jedyne co tutaj mieliśmy to dwa noże, które cudem nie wbiły się w kogoś z nas.
Przerażające odgłosy były coraz głośniejsze, a mnie zaczynała opanowywać panika. Wzięłam głęboki wdech i powoli wypuściłam powietrze z płuc. Nad moją głową z wybitego okna zaczęła dyndać pokrytą zaschniętą krwią i zieloną farbą ręka. Krzyknęłam upadając na pośladki.
- Nóż - Andy podał mi ostrożnie kuchenne narzędzie. Zaczęłam machać nożem próbując odciąć atakującą mnie rękę zombiaka. Po chwili ta spadła obok mnie. Krew obryzgała wszystko, co znajdowało się w środku auta. Gdy resztki ramienia zniknęły w dziurze po oknie pojawiła się rozwścieczona głowa gnijącego ciała.
- W sam środek czaszki - zwrócił uwagę Andy. Kiwnęłam głową, po czym przeszyłam głowę trupa nożem.
-A teraz wypchnij te zwłoki - poprosił brunet. Popatrzyłam zniesmaczona na chłopaka, a potem na zombie.
- UGH! - mruknęłam wypychając zabitego za auto.
- Jesteś okropny - odezwał się Kyle do przyjaciela.
- Zero litości. Musimy się nauczyć funkcjonowania w tym świecie - odpowiedział Kyle'owi.- A ty, kiedyś będziesz mi za to wdzięczna -skierował się do mnie.
- Wisisz mi czekoladę - mruknęłam pod nosem.
Kyle i Andy wydostali się z samochodu, po czym brunet zaczął wyjmować zapasy, a mój chłopak pomógł mi wyjść z auta.
Gdy już wszyscy staliśmy na ziemi, obłożeni torbami mogliśmy ruszyć przed siebie.
- Wow. Nic dziwnego, że ta rurka mi się wbiła. -powiedziałam przyglądając się samochodowi wypełnionym masą różnych rurek i prętów.
- Właśnie....- Kyle pogrzebał chwilę w mojej torbie i wyciągnął apteczkę.
- Nie , a niczego do odkażenia rany - pokręcił głową Andy. Kyle założył mi opatrunek na dłoń i łydkę, po czym zaśmiał się cicho.
- Dziękuję - powiedziałam, wtulając się w tors blondyna.
- No dobra gołąbeczki. Spadajmy - powiedział wskazując na kilka zombiaków idących w naszą stronę.
*** *** ***
Wybaczcie, że tak późno i pewnie krócej, niż ostatnio. Co mam na swoje usprawiedliwienie. Otóż cały dzień psuł mi się komp, a kończyć musiałam na tablecie, co było mordęgą. W każdym bądź razie, mam nadzieję, że się spodoba i zaprasza do komentowania ;)
wtorek, 24 lutego 2015
poniedziałek, 23 lutego 2015
1, Przetrwanie
Niebo już było jasne, a słońce przyjemnie grzało nasze buzie, które wychylały się z okna, by ujrzeć jak najwięcej. Wprawdzie nie zbyt dużo było widać z pierwszego piętra. Szczególnie z mojego pokoju. Czerwony dach, czerwony dach. O! Brązowy dach! Czerwony dach... I kawałek trawnika sąsiadów. Zazwyczaj otwarte na oścież okna państwa Miller, dzisiaj były zamknięte. Z oddali dochodziły nas krzyki. Ale odór to był pierwszorzędny. Zamknęłam okno nie mogąc dużej już wytrzymać tego soczystego wręcz powietrza.
- To się dzieje naprawdę - powiedział blondyn, bardziej sam próbował w to uwierzyć, niż mnie przekazać, tą jakże cudowną nowinę. Kyle bez słowa puścił moją dłoń.
- Spakuj się. Ja pójdę do kuchni.
- Dobrze. Sprawdź co z Lilly. Powinna spać, no ale... - chłopak nie odpowiedział. Pokiwał tylko głową i wyszedł z pokoju. Ruszyłam ku dużej mahoniowej szafie. Sięgnęłam z dna swoją największą torbę. Zupełnie nie w moim stylu, ponieważ była biała w kwiatki. Ale to jedyne co zabrałam ze sobą do Stanów. Przyjechałam tu pół roku temu. Miałam zajmować się roczną Lilly. Poznałam Kyle'a... A teraz mam tu pieprzoną zombie apokalipsę.
Wrzuciłam do torby czarny top, oraz czerwoną bluzkę z długim rękawem. Schowałam jasne, wytarte szorty i parę obcisłych potartych dżinsów. Z łazienki wyciągnęłam apteczke, zgarnęłam szczotkę do włosów, a na lewy nadgarstek założyłam cztery zwykłe gumki do włosów, dwie czerwone i dwie niebieskie. Wszystko, co robiłam wydawało się być tak głupie, tak zwyczajne, że aż głupie. Z pułeczki nad łóżkiem zebrałam swoje dokumenty, tak w razie czego. Z nocnego stolika wzięłam telefon i stanęłam w drzwiach. Karmelowe ściany pokryte fotografiami.Na wprost mnie duże okno, a po lewej od niego dwuosobowe, olbrzymie łóżko przykryte fioletową pościelą. Zielony koc, który niedbale ułożyłam na kołdrze przed przyjściem Kyle'a. Pod oknem stała nocna szafka z mnóstwem nalepek księżniczek, które nakleiła Lilly w ramach przentu gwiazdkowego. Z drugiej strony białe, skromne biurko z laptopem. Nigdy nie załadowany pierwszy gameplay na youtube.Uznałam, że jestem zbyt nudna, za słaba, by upubliczniać całemu światu swoją grę w Battlefield. Obok biurka stała gitara akustyczna, na której nigdy nie nauczyłam się grać. Po prostu muzyka nie jest moją mocną stroną.
A jeszcze dalej za gitarą po lewo, drzwi do mojej pierwszej własnej łazienki. Pierwszej i pewnie jedynej w życiu. Uśmiechnęłam się do siebie. Tak dużo dobrych wspomnień. Ostatni raz spojrzałam na zdjęcia. Zgarnęłam jedną fotkę Kyle'a i delikatnie zamknęłam za sobą drzwi. Zbiegłam po drewnianych, ciemnych schodach na parter.
- Zobacz - warknął Kyle wskazując na lodówkę.
- Jest biała i duża.A na niej pełno magnesów z różnych miejsc świata - odparłam,wyciągając z szuflady cztery baterie. Blondyn przewrócił oczami. Podszedł do lodówki, a po chwili uderzył w grafitowy blat dłonią i pozstawił w tamtym miejscu kartkę.
- Zostawili cię! - wydarł się niemal na całe gardło.
-Ou...Ouu.. Przynajmniej Lilly jest z nimi bezpieczna.
- Zostawili tylko połowę zapasów. Będziemy musięli kombinować.
-I bez tego byśmy musięli kochanie. Sprawdzałeś drugą lodówkę? - spytałam. Państwo Deconner byli typowymi amerykanami. Planowali jeszcze dwójkę dzieci, mięli dwie ogromne lodówki i ponad wszystko uwielbiali baseball, oraz niezdrowe żarcie w restauracjach.
- Tak.Jasne, że tak - odparł. No cóż, Kyle też był amerykaninem.
- Ale nie wiesz, że robiłam wczoraj zakupy - uśmiechnęłam się.
- I? Pewnie połowe zabrali... - odparł pesymistycznie.
- Zostawiłam torby w aucie. Nie chciało mi się ich wynosić. Sześć siatek... Same przekąski wprawdzie i woda, ale lepsze to, niż nic - wyjaśniłam, dając chłopakowi kluczyki do srebrnego minivana. Gdy Kyle sprawdzał stan żywności, ja pobiegłam jeszcze przeszukać dom z nadzieją,że znajdę kilka przydatnych rzeczy. W łazience James'a i Judith znalazłam żel przeciw komarom. Z ich sypialni zabrałam zapałki. W salonie były walkie-talkie. Reszta to bezużyteczne śmieci na takie wydarzenie. Wybiegłam z domu na podjazd. Wsiadłam do minivana, ale Kyle'a nie było.
- Czy on sobie teraz żartuje - warknęłam do siebie. Po chwili drzwi od strony kierowcy się otworzyły.
- Musimy mieć się czym bronić - pomachał mi przed oczami dwoma długimi nożami - Albo atakować - dodał z uśmiechem i odłożył noże na tapicerkę.
- Fajnie, że chociaż ciebie trzyma się dobry humor.
- Po prostu staram się... Sam nie wiem - odparł już bardziej przygnębionym tonem.
- Wiem - poklepałam go po dłoni. Chłopak bez słowa przekręcił kluczyk w stacyjce i ruszył. Powoli wyjechaliśmy z osiedla, na którym było dość spokojnie. Ludzie się pakowali do samochodów, uciekali, by przeżyć. Ale były to przedmieścia. Włączyłam radio.
-Uwaga, nadejmy komunikat - w samochodzie rozbrzmiał mechaniczny głos mężczyzny - Prosi się o pozostanie w domach.Zabarykadowanie się w nich. Pod żadnym pozorem nie wychodzić. Prosimy o zachjowanie spokoju. Niedługo Stany Zjednoczone będą takie, jak tydzień temu.
Komunikat powtórzył się jeszcze kilka razy i w aucie ponownie zapanowała cisza.
-To...To się zaczęło tydzień wcześniej?... Czy ich popierdoliło?! Jak mogli pozwolić, by doszło do zarażenia się tak wielu ludzi?! - Kyle'owi nerwy puściły. Siedziałam w milczeniu wpatrując się w drogę przed nami.
- Pamiętasz, jak trzy, cztery lata temu Rosja miała konflikt z Ukrainą? Wtedy Stany odwróciły się od Rosji. Może postanowili się zemścić? - rozmyślałam.
- Nie wiem... Może.To bez znaczenia.I takjest już za późno - odpowiedział,tak dobrze znanym mi aksamitnym tonem.
- Będziemy musięli zatankować. Nie robiłam tego od trzech dni - przynzałam. Blondyn zerknął na deskę rozdzielczą i się uśmiechną.
- Cała ty. No dobra, to podjedziemy po benzynę. Napisz do Andy'ego, żeby podjechał na stację na Cootern Street. Obiecałem, że zabierzemy go z nami.
- Dobrze - odpowiedziałam.Wyciągnełam telefon z kieszeni i wystukałam numer najlepszego kumpla Kyle'a. Znali się od lat. Zbliżaliśmy się powoli ku centrum. No dobra, byliśmy dwadzieścia minut od centrum,ale już tutaj było o wiele głośniej. Ludzie biegali jak chcięli, z nożami, pistoletami. Zabierali wszystko, co się tylko dało. Tutaj widać było panikę i strach. Usłyszęliśmy dźwięk oznaczającynadejście smsa.
- Andy napisał, że to nie ma sensu. On nigdzie nie jedzie. Tojest koniec - zacytowałam.
- Co? Zadzwoń do niego.
Nacisnęłam na zieloną słuchawkę i ustawiłam na głośno mówiący.
- No stary, co się z tobą dzieje? - zapytał Kyle, kiedy pikanie umilkło, a ciężki oddech rozległ się w samochodzie.
- To nie ma sensu. Te stwory... Przepraszam Kyle.Przepraszam... - po tych słowach usłyszęliśmy szum i kolejny komunikat "Połączenie zostałe przerwane"
- Brak zasięgu - mruknęłam.
- A w dupę z tą benzyną - warknął chłopak i skręcił w alejkę prowadzącą do przyjaciela. Kyle co chwila dociskał gazu.Parę metrów po kolejnym skręcie zaczęły otaczać nas domy mieszkalne.
- Jak myślisz,co...? - przed maskę pięknego, czystego minivana wyskoczyła okropna postać. Stwór z powyrywanymi częśćmi ciała, bez prawdopodobnie już urwanej, ręki. Z policzka zwisała skóra, a usta był pokryte krwią. Zombie wydało z siebie głuche beknięcie i zaczęło warczeć. Kyle wycofał odrobinkę i ruszył na zombie,co spowodowało zostawienie czerwonej plamy za nami.
- To.... To... O Boziu - jęknęłam i spojrzałam na trzęsące się ręce.
- Będzie dobrze skarbie - powiedział chłopak - Mnie też sercena chwilę stanęło - chciał podnieść mnie na duchu.
- Oby tylko Andy był w jednym kawałku - mruknełam do siebie z nadzieją w głosie.
- Ty tak serio? - zaśmiał się Kyle.Właśnie skojarzyłam co powiedziałam i oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Ja lekko histerycznym, nie wiem, jak on. To było przerażające co raz bardziej. Minutkę, czy dwie później w aucie znowu zapanowała cisza. Nie czuliśmy się skrępowani, tylko...To co się działo wokół nas, przerastało chyba każdego.No pomijając psychopatycznych wariatów. Chwilę później zajechaliśmy pod duży dom Andy'ego. Mieszkał on w bogatszej dzielnicy. Ale jak widać pieniądzę nie pomogły na apokalpisę. Bramy, które kiedyś wydawaly się być solidne,wręcz nie do zniszczenia, byly teraz w opłakanym stanie.
- Zostań tutaj - poprosił Kyle. Sam wyszedł z wozubiorąc jeden z noży i udał się do pięknej posiadłości. Uchyliłam lekko okno i sięgnęłam po skórzaną kurtkę, która leżał na tylnym siedzeniu. Wyciągnęłam czekoladowego papierosa i zapaliłam, pozwalając, by dym unosił się w aucie. Teraz było mi wszystko jedno.I nie,nie palę często, tylko wtedy, gdy wymaga tego okazja. A to jest idealna okazja do powciągania drapiacego dymu w gardło, do płuc. Piętnaście minut później ujrzałam Kyle'a z Andym. Czarnowłosy miał zapuchnięte błękitne oczy. Wysiadłam zsamochodu i zgasiłam papierosa,gdy Kyle pakował torby do bagażnika. Pozwoliłam chłopakom usiąść z przodu, sama zajęłam miejsce z tyłu. Założyłam czarną skórę na siebie.
- Amelia nie żyje - mruknął Andy.Przeleciało mi tysiąc myśli w jednej chwili.
- Przykro mi - poklepałam go po ramieniu. Amelia była siedmioletnią siostrzyczką bruneta. Byli świetnym rodzeństwem, bardzo do siebie podobnym, kolor oczu i włosów mięli identyczny. Jasna karnacja i kolorowe zazwyczaj ubrania... To też ich łączyło. Zrobiło mi się bardzo przykro. Co on musiał czuć... To okropne. Ten nowy świat jest jeszcze gorszy od poprzedniego.Jest przerażający i bezlitosny.
Kyle w milczeniu odpalił samochód.
*** *** ***
A więc jednak dzisiaj udało mi się skończyć kolejny post. I tak jestem z siebie zadowolona XD
Dziękuję wam za komentarze, które, jak widać,bardzo motywują ;)
Wrzuciłam do torby czarny top, oraz czerwoną bluzkę z długim rękawem. Schowałam jasne, wytarte szorty i parę obcisłych potartych dżinsów. Z łazienki wyciągnęłam apteczke, zgarnęłam szczotkę do włosów, a na lewy nadgarstek założyłam cztery zwykłe gumki do włosów, dwie czerwone i dwie niebieskie. Wszystko, co robiłam wydawało się być tak głupie, tak zwyczajne, że aż głupie. Z pułeczki nad łóżkiem zebrałam swoje dokumenty, tak w razie czego. Z nocnego stolika wzięłam telefon i stanęłam w drzwiach. Karmelowe ściany pokryte fotografiami.Na wprost mnie duże okno, a po lewej od niego dwuosobowe, olbrzymie łóżko przykryte fioletową pościelą. Zielony koc, który niedbale ułożyłam na kołdrze przed przyjściem Kyle'a. Pod oknem stała nocna szafka z mnóstwem nalepek księżniczek, które nakleiła Lilly w ramach przentu gwiazdkowego. Z drugiej strony białe, skromne biurko z laptopem. Nigdy nie załadowany pierwszy gameplay na youtube.Uznałam, że jestem zbyt nudna, za słaba, by upubliczniać całemu światu swoją grę w Battlefield. Obok biurka stała gitara akustyczna, na której nigdy nie nauczyłam się grać. Po prostu muzyka nie jest moją mocną stroną.
A jeszcze dalej za gitarą po lewo, drzwi do mojej pierwszej własnej łazienki. Pierwszej i pewnie jedynej w życiu. Uśmiechnęłam się do siebie. Tak dużo dobrych wspomnień. Ostatni raz spojrzałam na zdjęcia. Zgarnęłam jedną fotkę Kyle'a i delikatnie zamknęłam za sobą drzwi. Zbiegłam po drewnianych, ciemnych schodach na parter.
- Zobacz - warknął Kyle wskazując na lodówkę.
- Jest biała i duża.A na niej pełno magnesów z różnych miejsc świata - odparłam,wyciągając z szuflady cztery baterie. Blondyn przewrócił oczami. Podszedł do lodówki, a po chwili uderzył w grafitowy blat dłonią i pozstawił w tamtym miejscu kartkę.
- Zostawili cię! - wydarł się niemal na całe gardło.
-Ou...Ouu.. Przynajmniej Lilly jest z nimi bezpieczna.
- Zostawili tylko połowę zapasów. Będziemy musięli kombinować.
-I bez tego byśmy musięli kochanie. Sprawdzałeś drugą lodówkę? - spytałam. Państwo Deconner byli typowymi amerykanami. Planowali jeszcze dwójkę dzieci, mięli dwie ogromne lodówki i ponad wszystko uwielbiali baseball, oraz niezdrowe żarcie w restauracjach.
- Tak.Jasne, że tak - odparł. No cóż, Kyle też był amerykaninem.
- Ale nie wiesz, że robiłam wczoraj zakupy - uśmiechnęłam się.
- I? Pewnie połowe zabrali... - odparł pesymistycznie.
- Zostawiłam torby w aucie. Nie chciało mi się ich wynosić. Sześć siatek... Same przekąski wprawdzie i woda, ale lepsze to, niż nic - wyjaśniłam, dając chłopakowi kluczyki do srebrnego minivana. Gdy Kyle sprawdzał stan żywności, ja pobiegłam jeszcze przeszukać dom z nadzieją,że znajdę kilka przydatnych rzeczy. W łazience James'a i Judith znalazłam żel przeciw komarom. Z ich sypialni zabrałam zapałki. W salonie były walkie-talkie. Reszta to bezużyteczne śmieci na takie wydarzenie. Wybiegłam z domu na podjazd. Wsiadłam do minivana, ale Kyle'a nie było.
- Czy on sobie teraz żartuje - warknęłam do siebie. Po chwili drzwi od strony kierowcy się otworzyły.
- Musimy mieć się czym bronić - pomachał mi przed oczami dwoma długimi nożami - Albo atakować - dodał z uśmiechem i odłożył noże na tapicerkę.
- Fajnie, że chociaż ciebie trzyma się dobry humor.
- Po prostu staram się... Sam nie wiem - odparł już bardziej przygnębionym tonem.
- Wiem - poklepałam go po dłoni. Chłopak bez słowa przekręcił kluczyk w stacyjce i ruszył. Powoli wyjechaliśmy z osiedla, na którym było dość spokojnie. Ludzie się pakowali do samochodów, uciekali, by przeżyć. Ale były to przedmieścia. Włączyłam radio.
-Uwaga, nadejmy komunikat - w samochodzie rozbrzmiał mechaniczny głos mężczyzny - Prosi się o pozostanie w domach.Zabarykadowanie się w nich. Pod żadnym pozorem nie wychodzić. Prosimy o zachjowanie spokoju. Niedługo Stany Zjednoczone będą takie, jak tydzień temu.
Komunikat powtórzył się jeszcze kilka razy i w aucie ponownie zapanowała cisza.
-To...To się zaczęło tydzień wcześniej?... Czy ich popierdoliło?! Jak mogli pozwolić, by doszło do zarażenia się tak wielu ludzi?! - Kyle'owi nerwy puściły. Siedziałam w milczeniu wpatrując się w drogę przed nami.
- Pamiętasz, jak trzy, cztery lata temu Rosja miała konflikt z Ukrainą? Wtedy Stany odwróciły się od Rosji. Może postanowili się zemścić? - rozmyślałam.
- Nie wiem... Może.To bez znaczenia.I takjest już za późno - odpowiedział,tak dobrze znanym mi aksamitnym tonem.
- Będziemy musięli zatankować. Nie robiłam tego od trzech dni - przynzałam. Blondyn zerknął na deskę rozdzielczą i się uśmiechną.
- Cała ty. No dobra, to podjedziemy po benzynę. Napisz do Andy'ego, żeby podjechał na stację na Cootern Street. Obiecałem, że zabierzemy go z nami.
- Dobrze - odpowiedziałam.Wyciągnełam telefon z kieszeni i wystukałam numer najlepszego kumpla Kyle'a. Znali się od lat. Zbliżaliśmy się powoli ku centrum. No dobra, byliśmy dwadzieścia minut od centrum,ale już tutaj było o wiele głośniej. Ludzie biegali jak chcięli, z nożami, pistoletami. Zabierali wszystko, co się tylko dało. Tutaj widać było panikę i strach. Usłyszęliśmy dźwięk oznaczającynadejście smsa.
- Andy napisał, że to nie ma sensu. On nigdzie nie jedzie. Tojest koniec - zacytowałam.
- Co? Zadzwoń do niego.
Nacisnęłam na zieloną słuchawkę i ustawiłam na głośno mówiący.
- No stary, co się z tobą dzieje? - zapytał Kyle, kiedy pikanie umilkło, a ciężki oddech rozległ się w samochodzie.
- To nie ma sensu. Te stwory... Przepraszam Kyle.Przepraszam... - po tych słowach usłyszęliśmy szum i kolejny komunikat "Połączenie zostałe przerwane"
- Brak zasięgu - mruknęłam.
- A w dupę z tą benzyną - warknął chłopak i skręcił w alejkę prowadzącą do przyjaciela. Kyle co chwila dociskał gazu.Parę metrów po kolejnym skręcie zaczęły otaczać nas domy mieszkalne.
- Jak myślisz,co...? - przed maskę pięknego, czystego minivana wyskoczyła okropna postać. Stwór z powyrywanymi częśćmi ciała, bez prawdopodobnie już urwanej, ręki. Z policzka zwisała skóra, a usta był pokryte krwią. Zombie wydało z siebie głuche beknięcie i zaczęło warczeć. Kyle wycofał odrobinkę i ruszył na zombie,co spowodowało zostawienie czerwonej plamy za nami.
- To.... To... O Boziu - jęknęłam i spojrzałam na trzęsące się ręce.
- Będzie dobrze skarbie - powiedział chłopak - Mnie też sercena chwilę stanęło - chciał podnieść mnie na duchu.
- Oby tylko Andy był w jednym kawałku - mruknełam do siebie z nadzieją w głosie.
- Ty tak serio? - zaśmiał się Kyle.Właśnie skojarzyłam co powiedziałam i oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Ja lekko histerycznym, nie wiem, jak on. To było przerażające co raz bardziej. Minutkę, czy dwie później w aucie znowu zapanowała cisza. Nie czuliśmy się skrępowani, tylko...To co się działo wokół nas, przerastało chyba każdego.No pomijając psychopatycznych wariatów. Chwilę później zajechaliśmy pod duży dom Andy'ego. Mieszkał on w bogatszej dzielnicy. Ale jak widać pieniądzę nie pomogły na apokalpisę. Bramy, które kiedyś wydawaly się być solidne,wręcz nie do zniszczenia, byly teraz w opłakanym stanie.
- Zostań tutaj - poprosił Kyle. Sam wyszedł z wozubiorąc jeden z noży i udał się do pięknej posiadłości. Uchyliłam lekko okno i sięgnęłam po skórzaną kurtkę, która leżał na tylnym siedzeniu. Wyciągnęłam czekoladowego papierosa i zapaliłam, pozwalając, by dym unosił się w aucie. Teraz było mi wszystko jedno.I nie,nie palę często, tylko wtedy, gdy wymaga tego okazja. A to jest idealna okazja do powciągania drapiacego dymu w gardło, do płuc. Piętnaście minut później ujrzałam Kyle'a z Andym. Czarnowłosy miał zapuchnięte błękitne oczy. Wysiadłam zsamochodu i zgasiłam papierosa,gdy Kyle pakował torby do bagażnika. Pozwoliłam chłopakom usiąść z przodu, sama zajęłam miejsce z tyłu. Założyłam czarną skórę na siebie.
- Amelia nie żyje - mruknął Andy.Przeleciało mi tysiąc myśli w jednej chwili.
- Przykro mi - poklepałam go po ramieniu. Amelia była siedmioletnią siostrzyczką bruneta. Byli świetnym rodzeństwem, bardzo do siebie podobnym, kolor oczu i włosów mięli identyczny. Jasna karnacja i kolorowe zazwyczaj ubrania... To też ich łączyło. Zrobiło mi się bardzo przykro. Co on musiał czuć... To okropne. Ten nowy świat jest jeszcze gorszy od poprzedniego.Jest przerażający i bezlitosny.
Kyle w milczeniu odpalił samochód.
*** *** ***
A więc jednak dzisiaj udało mi się skończyć kolejny post. I tak jestem z siebie zadowolona XD
Dziękuję wam za komentarze, które, jak widać,bardzo motywują ;)
0, Prolog
W małym pokoju ciemność i cisza została przerwana przez telefon. Najpierw przez wyświetlacz, który żółtym światłem rozświetlił pomieszczenie. A chwilkę po tym standardową melodyjką dla iphone'a, która obudziła kobietę. Brązowowłosa przykryta puchową, fioletową kołdrą i zielonym kocem poruszyła się. Powoli otworzyła jasnozielone oczy. Przetarła je małymi rękoma, jak na dwudziestotrzylatkę, po czym usiadła na łóżku wyłączając telefon. Spojrzała na znienawidzoną godzinę. Dochodziła piąta. Chcąc, nie chcąc, a zdecydowanie to drugie, ruszyła powolnym krokiem do swojej łazienki. Była malusieńka, ale jej to nie przeszkadzało. Co więcej, była bardzo szczęśliwa z tego, co miała do dyspozycji. Wyszorowała zęby i spojrzała w odbicie. Poczochrane długie do żeber brązowe włosy. Grzywka, która zazwyczaj nachodziła na oko, w stylu ''scene", teraz wykręcała się w każdą możliwą stronę. Rozmyty tusz pod pięknymi oczami w kształcie migdałów, był pamiątką po wczorajszych przemyśleniach. Duże, pełne usta, których tak bardzo kiedyś nie lubiła, teraz przestawały być małym kompleksem, a zaczynały zaletą. Dziewczyna zdjęła z siebie luźny t-shirt ukazując duży biust. Wprawdzie była zadowolona z jego rozmiarów, ale narzekała w myślach na ich kształt. To nie to samo, co na zdjęciach kobiet w bikini. Na już płaskim brzuchu, pozostały rozstępy z czasów licealnych, kiedy to ważyła dwa razy więcej, niż teraz. A, że była całkiem wysoka, bo aż metr siedemdziesiąt, to też nie przejmowała się wagą, do czasu...
Dziewczyna spojrzała na wczorajsze błędy. Nadgarstek był pokryty wieloma cieniutkimi, zaczerwienionymi kreskami, na których zaschła krew. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji. Po prostu przypatrywała się sznytom, jakby widziała je po raz pierwszy. Po chwili odwróciła wzrok i zdjęła długie spodnie od piżamy. Weszła pod prysznic. Pół godziny później, po zakończeniu standardowych czynności, wysuszyła włosy i wyprostowała je układając na słynną "emoską'' fryzurę. Nałożyła na oczyszczoną buzię podkład i pokryła go pudrem. Potuszowała rzęsy i przesunęła ochronną pomadką po różowych ustach. Wyszła z łazienki do pokoju. Stanęła przed dużą szafą, która znajdowała się po lewej od drzwi. Po piętnastu minutach zdecydowała się założyć czarne rurki i granatowy top, spod którego wystawały ramiączka czerwonego biustonosza. Na stopy założyła czarne stopki i tego samego koloru adidasy na koturnie. Nadgarstek owinęła czerwoną bandaną. Była gotowa, by zmierzyć się ze światem. A tak przynajmniej się jej wydawało. Chwyciła za klamkę i już miała wyjść z pokoju, gdy z telefonu poleciała jej ulubiona piosenka jednego z rockowych zespołów.
- Słucham? - spytała, po odebraniu smartfona.
- Mia. Dzięki Bogu. Wszystko okej? - zapytał przejęty chłopak.
- Tak. Czemu miałoby się coś stać? - odparła.
- Nie wiesz?... - zabrzmiało to bardziej jak stwierdzenie, niż pytanie - Poczekaj na mnie. Pod żadnym pozorem nie wychodź z pokoju. Obiecaj mi - poprosił.
- Obiecuje. Ale Kyle, o co chodzi? - dziewczyna, ani trochę nie wierzyła, że to na poważnie. Często robił jej żarty. Tak zwane pranki, które w 2017 roku nabrały jeszcze większej popularności. To też, nie spodziewała się niczego innego, jak głupiego dowcipu. Postanowiła więc zagrać w jego grę.
- Zobaczysz. Tylko dotrzymaj słowa - odparł tonem, którym miał w zwyczaju grozić.
- Dobrze, dobrze. - mruknęła.
- Kocham cię - po tych słowach Kyle rozłączył się.
Dziewczyna usiadła na łóżku. Chłopak Mii mieszkał pół godziny samochodem, od domu, w którym się znajdowała szatynka. Jednak, że jego samochód wylądował na drzewie, czas przyjazdu przedłużał się dwukrotnie. Po chwili namysłu Mia założyła słuchawki i włączyła sobie metalcore z szarego odtwarzacza. Chwyciła za książkę o motoryzacji, którą otrzymała od ukochanego i zaczęła studiować. Mimo, że wcale jej to nie szło, dalej miała dobre chęci zaznajomienia się z tymi pięknymi maszynami. O dziwo, czas oczekiwania na Kyle'a zleciał jej bardzo szybko. Równo godzinę później do jej pokoju wpadł zdyszany chłopak.
- Musimy się stąd wynosić - powiedział, łapiąc łapczywie powietrze. Czarnowłosa nie odezwała się ani słowem. Wpatrywała się w krew na ubraniach blondyna. Czerwona maź pokrywała mu dłonie, oraz policzek. W jego zazwyczaj ciepłych, brązowych oczach widziała tylko determinacje i odwagę.
- Kyle? Coś ty odwalił? - zapytała nie dowierzając temu, co widzi. Jej Kyle, z natury sympatyczny, zabawny i kochający.
- Nie zabiłem niko.. - zamilkł. Bez słowa udał się do łazienki, z której po chwili wyszedł, już bez krwi na ciele. Mia ruszyła powoli do szafy i wyjęła jego starą koszulkę, którą jakiś czas temu u niej zostawił.
- Przebierz się. Zaraz mi wszystko wytłumaczysz - poprosiła łagodnym tonem i z powrotem usiadła na miękkiej pościeli. Chłopak zdjął z siebie szary t-shirt, ukazując dobrze rozwinięte mięśnie. Po chwili nałożył czarną koszulkę z logo brytyjskiego zespołu. Wyciągnął dłoń ku dziewczynie. Mia chwyciła jego rękę i została pociągnięta do okna. Kyle otworzył okno.
Do małego pokoju wdarł się odór rozkładającego się ciała. W oddali słychać było krzyki, wołania o pomoc.
- To się naprawdę dzieje Mia. Musimy stąd spieprzać - powiedział blondyn wpatrując się w przestrzeń za oknem.
*** *** ***
Hej!
I jak wam się podoba pierwsza część nowego opowiadania?
Przyznaje szczerze, że nie mam zielonego pojęcia jak to wyjdzie. Jest to pierwsze opowiadanie o takiej tematyce. Tak więc wybaczcie wszelakie błędy ;)
- Słucham? - spytała, po odebraniu smartfona.
- Mia. Dzięki Bogu. Wszystko okej? - zapytał przejęty chłopak.
- Tak. Czemu miałoby się coś stać? - odparła.
- Nie wiesz?... - zabrzmiało to bardziej jak stwierdzenie, niż pytanie - Poczekaj na mnie. Pod żadnym pozorem nie wychodź z pokoju. Obiecaj mi - poprosił.
- Obiecuje. Ale Kyle, o co chodzi? - dziewczyna, ani trochę nie wierzyła, że to na poważnie. Często robił jej żarty. Tak zwane pranki, które w 2017 roku nabrały jeszcze większej popularności. To też, nie spodziewała się niczego innego, jak głupiego dowcipu. Postanowiła więc zagrać w jego grę.
- Zobaczysz. Tylko dotrzymaj słowa - odparł tonem, którym miał w zwyczaju grozić.
- Dobrze, dobrze. - mruknęła.
- Kocham cię - po tych słowach Kyle rozłączył się.
Dziewczyna usiadła na łóżku. Chłopak Mii mieszkał pół godziny samochodem, od domu, w którym się znajdowała szatynka. Jednak, że jego samochód wylądował na drzewie, czas przyjazdu przedłużał się dwukrotnie. Po chwili namysłu Mia założyła słuchawki i włączyła sobie metalcore z szarego odtwarzacza. Chwyciła za książkę o motoryzacji, którą otrzymała od ukochanego i zaczęła studiować. Mimo, że wcale jej to nie szło, dalej miała dobre chęci zaznajomienia się z tymi pięknymi maszynami. O dziwo, czas oczekiwania na Kyle'a zleciał jej bardzo szybko. Równo godzinę później do jej pokoju wpadł zdyszany chłopak.
- Musimy się stąd wynosić - powiedział, łapiąc łapczywie powietrze. Czarnowłosa nie odezwała się ani słowem. Wpatrywała się w krew na ubraniach blondyna. Czerwona maź pokrywała mu dłonie, oraz policzek. W jego zazwyczaj ciepłych, brązowych oczach widziała tylko determinacje i odwagę.
- Kyle? Coś ty odwalił? - zapytała nie dowierzając temu, co widzi. Jej Kyle, z natury sympatyczny, zabawny i kochający.
- Nie zabiłem niko.. - zamilkł. Bez słowa udał się do łazienki, z której po chwili wyszedł, już bez krwi na ciele. Mia ruszyła powoli do szafy i wyjęła jego starą koszulkę, którą jakiś czas temu u niej zostawił.
- Przebierz się. Zaraz mi wszystko wytłumaczysz - poprosiła łagodnym tonem i z powrotem usiadła na miękkiej pościeli. Chłopak zdjął z siebie szary t-shirt, ukazując dobrze rozwinięte mięśnie. Po chwili nałożył czarną koszulkę z logo brytyjskiego zespołu. Wyciągnął dłoń ku dziewczynie. Mia chwyciła jego rękę i została pociągnięta do okna. Kyle otworzył okno.
Do małego pokoju wdarł się odór rozkładającego się ciała. W oddali słychać było krzyki, wołania o pomoc.
- To się naprawdę dzieje Mia. Musimy stąd spieprzać - powiedział blondyn wpatrując się w przestrzeń za oknem.
*** *** ***
Hej!
I jak wam się podoba pierwsza część nowego opowiadania?
Przyznaje szczerze, że nie mam zielonego pojęcia jak to wyjdzie. Jest to pierwsze opowiadanie o takiej tematyce. Tak więc wybaczcie wszelakie błędy ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)